Wydawało mi się, że w gastronomii oraz sztuce kulinarnej, mimo kolosalnego wręcz rozwoju oraz postępu, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ba! Nic bardziej mylnego, gdyż pod względem zarówno zwyczajów, jak i tego co podaje się na stoły, niespodzianki lub ewentualne pomyłki są oczywiście ciągle możliwe, o czym ostatnio osobiście się przekonałem.
Kierowana przez Ewę Marszałek włoska restauracja La Strada to magiczne miejsce nie tylko na Żoliborzu, ale i w całej Warszawie.Słynie nie tylko bodaj z najlepszej pizzy oraz wielości makaronów, ale przede wszystkim z carpacio di salmone lub na kaczej piersi. – Przepyszne! Lepsze niż u nas – mówią zaglądający tam Włosi.
Stoliki trzeba zamawiać, zwłaszcza w soboty i niedziele, bo restauracja mieści się tuż obok słynnego kościoła Św. Stanisława Kostki, związanego z kultową postacią księdza Jerzego Popiełuszki. W świąteczne dni bowiem restauracja zamienia się w salon przyjęć z okazji chrztów, pierwszej komunii, wesel, a także urodzin czy imienin. 
Bywałem tam niejednokrotnie, bo uwielbiam włoską kuchnię i mimo korków szybciej dojeżdża się na Żoliborz niż do Rzymu. Niedawno wszakże jeden z moich wnuków właśnie tam wydał rodzinny brunch! W restauracji było naturalnie pełno, same ustawione długie stoły dla kilkunastu, jak nie więcej gości. Podawane błyskawicznie na pięknie przygotowane stoły menu zaczynało się od pysznego bulionu z włoskimi uszkami, potem wjechały duszone polędwiczki i dopiero po drugim daniu – ku memu zdumieniu – przystawki!
Istna orgia! Cudowne bruskety, owoce morza, krewetki, różne sałaty, oliwki, prosciuto z melonem itd. O czym tylko włoska dusza marzy. Rany boskie, przecież od przystawek powinno się zaczynać, a tu odwrotnie!
Jak do tej pory w życiu mi się to nie przytrafiło! Czy to nie pomyłka? Spojrzałem na inne stoły, ale w identyczny sposób wszystkim tak samo dopiero podawano przekąski. – Czy aby to nie pomyłka? – zapytałem szefową obsługi.
– Nie wyrobiliście się czy co?
– Ależ skąd! – usłyszałem w odpowiedzi.
– Taka u nas na świątecznych brunchach kolejność.
Chodzi o to, aby przy antipastach spokojnie posiedzieć, zjeść bez pośpiechu, dopić wino, pogadać.
No to i mamy nowy, ponoć znany w Italii porządek. W pewnej mierze oparty na francuskim wzorze, gdzie po drugim daniu sery, wino plus winogrona są absolutną normą i umilają dłuższy pobyt. Niespodzianką bywał też swego czasu u nas rachunek na zakończenie posiłku, ale od kiedy mamy na wszystko elektroniczny paragon, nie zdarza się już dopisywanie daty urodzin. Wręcz odwrotnie, czasem dziwi nas niższa niż spodziewana końcowa suma i wtedy okazuje się, że jako stałemu klientowi lub komuś dobrze znanemu, celebrycie, udzielono rabatu! Ostatnio jednak z rachunkiem wydarzyła się kolosalna pomyłka, głośna afera. Na szczęście nie u nas, lecz w Anglii, w restauracji Hawksmoor w Manchesterze. Goście zamówili tam butelkę Chateau Pichon za 260 funtów, a przy płaceniu okazało się, że podano im i wypili wysoko cenione Chateau le Pin Pomerol z 2001 r. za 4500 funtów!
Okazało się, że wprawdzie kelner w pośpiechu chwycił nie tę butelkę, którą zamówiono, ale potem z należną atencją pokazał ją i fachowo podał, a zamawiający zaakceptowali wino. Pracownik nie poniósł więc konsekwencji, bo za pomyłkę w równej mierze odpowiadali zamawiający. Niemniej zrobiła się afera i rozgorzała dyskusja, a rachunek uregulowała firma, bo na szczęście był to urzędowy lunch. Nie sądzę, żeby coś podobnego u nas mogło się zdarzyć, z tej choćby przyczyny, że w naszych restauracjach chyba nie znajdziemy butelki wina z ceną przekraczającą 20 tys. zł.! Niemniej zważajmy na to, co nam podają po zamówieniu.
 
TADEUSZ OLSZAŃSKI
publicysta, krytyk kulinarny,
dziennikarz, autor licznych książek

Najpopularniejsze