Współczesność nie szczędzi komplikacji nawet w gastronomii. Ot, choćby problem żywienia pracowników Mordorów. A cóż to takiego ten Mordor? To pojęcie negatywne, wzięte prosto z filmu Tolkienia „Władcy pierścieni”, nazwy raczej paskudnego miejsca, o negatywnej atmosferze. Ostatnio wszakże powszechnie używane na świecie jako nazwa skupienia biurowców. Z miejsca więc przeniosło się i do Warszawy, na ulicę Domaniewską, na Ursynowie, która biurowcami pnie się do niebios. W dodatku zastawiona parkującymi samochodami.

Kto widział zdjęcie Pablo Picasso w spódnicy Kujawianki? Albo wie, że z ceramiki ustanowił równorzędne medium swojej ekspresji artystycznej? Zaprezentowane w 1946 r. na Kongresie Intelektualistów we Wrocławiu jego dzieła były znakiem nowego stylu. Jeśli wierzyć, że dusza po śmierci poszukuje nowego wcielenia to mniemam, że Picasso i Gregory Czarnecki mają ze sobą coś wspólnego.

W najbliższe Święta, możemy sobie złożyć pod choinką, rzadkiej klasy w mijającym właśnie roku prezent: kuchnię bez konfliktów! Polska gastronomia zawsze zresztą, wręcz historycznie, była otwarta na cały świat, a więc z zaciekawieniem przyjmowaliśmy potrawy jakimi żywili się przyjezdni obcokrajowcy, włącznie z lądującymi u nas uchodźcami, bo Europa wiekami wojnami stała.

Długo czekałem na ten moment! Aż wreszcie okazało się, że w Warszawie nie tylko wznosi się ekscentryczne biurowce, ale też przywraca znamienne dla miasta obiekty. Związane z handlem i gastronomią, które podobnie jak pałace i muzea nadają charakter miastom. Czekanie trwało w nieskończoność, ale w tym roku zaprocentowało, i to podwójnie.

Polska uzdrowiskami stoi. Wprawdzie sporo miejscowości miało w tej dziedzinie bogate tradycje, ale w ostatnich latach nastąpił wręcz rozkwit. Brak mi wprawdzie statystycznych danych, ale funkcjonuje u nas kilkaset, a może nawet blisko tysiąc, różnego rodzaju pensjonatów, sanatoriów i hoteli SPA. W dawnych pałacach, albo w ostatnio zbudowanych, luksusowych obiektach. A tam nie tylko leczą, ale też karmią.

Z mijającym właśnie latem kończy się apogeum grillowania w ogródkach, na tarasach, a także na balkonach bloków. Pozostaje jednak w gastronomii jako zdobycz ostatnich lat. Grillowanie do tego stopnia stało się modne, że przeniosło się nawet do polityki. Stosuje się bowiem to określenie jako obrzydzanie przeciwników i w przeciwieństwie do autentycznego grilla jest wysoce niesmaczne. Mnie wszakże interesuje jako zjawisko, które ogarnęło restauracje i kuchnie domowe. Bo w przeciwieństwie do polityki jest przesmaczne.

Czegoś takiego jeszcze nie było! Restauracja przy zachowaniu wszystkich reguł – a więc pełnej tajemnicy – Loży Masońskiej. Bez żadnych szyldów, napisów, że w tym miejscu znajduje się lokal gastronomiczny. Śladu informacji! I to gdzie? We Lwowie!!! W starej kamienicy, przy Rynku Głównym nr 14. W samym sercu miasta, gdzie sporo knajpek. A ta, tylko dla wtajemniczonych, z klubową kartą w ręku. Super wytworna!

Strasznie dawno nie byłem w Walendowie pod Warszawą. Przed laty, za socjalizmu, jeździło się tam nie tylko ze względu na urok okolic Nadarzyna – lasy, stawy i rzeczkę Utratę, ale głównie na skromniutką knajpkę, ni to w budzie, ni to w baraku, w której nie tylko można było zjeść znakomite ryby, lecz również kupić żywego karpia. I to niezależnie od pory roku, a nie tylko w grudniu. Z należącej do właścicieli restauracyjki –państwa Skowrońskich – miejscowej hodowli. Rzecz, jak na owe czasy, absolutnie niezwykła!

Najpopularniejsze